wtorek, 7 października 2014

Prolog


Ostatni dzień szkoły, ostatni dzień szkoły, ahh to są słowa które powtarzam dzisiaj od rana. Dzięki Bogu, że te trzy lata liceum, największego koszmaru w moim życiu już się skończyły. Pewnie myślicie, że gimnazjum to największa porażka waszego życia? No tak, tam również nie było zadawalająco, ale ja swój koszmar przeżyłam w liceum. Na początku pierwszej klasy dowiedziałam się, że moja mama ma raka potem po wszystkich przygodach w gimnazjum i nie za dobrych początkach w nowej szkole przyszła depresja, której mój tata nie mógł zrozumieć. Zabrali mi telefon, odłączyli Internet, a tam tylko miałam prawdziwych przyjaciół dzięki którym udało mi się przetrwać w gimnazjum. Przestałam wtedy się uczyć, chodzić do szkoły bo w głowie miałam tylko jedną myśli: chcę w końcu spełnić swoje marzenia. Wiem, że żeby je spełnić muszę ciężko pracować, ale na mojej drodze do szczęścia zawsze stali rodzice. Matka od zawsze powtarzała, że mam się uczyć, bo w przyszłości muszę mieć bardzo dobrze płatną pracę w największych firmach świata. Wiecie, siedzenie za biurkiem osiem godzin dziennie obok jakiegoś egoistycznego szefa, nie było tym co chciałam w życiu robić. Tata zawsze we mnie wierzył, ale pół roku przed zakończeniem gimnazjum przejął stronę mamy. Uważał, że nic mi się w życiu nie uda, że powinnam zająć się nauką, bo nic w życiu nie osiągnę. Niesamowite rady dawał swojej córeczce. Uważałam ich za idiotów i nie ukrywajmy, nadal ich za takich uważam. Pod koniec pierwszej klasy zmieniłam szkołę. Z małego miasta jakim był Gorzów Wielkopolski przeprowadziłam się do Krakowa. Tam w końcu mogłam robić to co kocham. Klasa o profilu taneczno-teatralnym, brak rodziców, który cię ograniczają to było coś o czym od dawna marzyłam. Oczywiście nie było tak prosto, to nie była bajka. Nie miałam przyjaciół, ale za to mogłam uczyć się tańczyć, co od zawsze było moim marzeniem no i odzyskałam Internet. Przez Twittera rozmawiałam z niesamowitym, trochę młodszym ode mnie, ale bardzo mądrym chłopakiem Bartkiem. Jak z nim pisałam to czułam się dosłownie jak księżniczka. Miałam jeszcze trzy wspaniałe przyjaciółki Kasię, Olę i Monikę, które również poznałam przez Internet. One zawsze potrafiły podtrzymać mnie na duchu. Ale już koniec gadania o przeszłości. Żyjemy tu i teraz. Nareszcie po tych męczarniach mogę zacząć żyć swoim życiem. Dzisiaj o 13:00 zdaję swoją ostatnią maturę ustną z Angielskiego, a o 18:54 mam pociąg do Poznania. Cała noc na niewygodnym siedzeniu u ciasnym przedziale, a z samego rana autobus prosto do mojego miasta, do Gorzowa. Ok, trzeba w końcu wstać z łóżka bo za 3h egzamin. Poszłam do naszej „wspanialej” kuchni w internacie zrobić sobie moje ostatnie śniadanie w Krakowie. Następne zjem już w Gorzowie. Tosty z marmolada pomarańczową i angielska herbatka to to czego potrzebowałam dzisiaj rano. Zjadłam śniadanie już u siebie w pokoju i ubrałam się w piękną, czarną sukienkę, którą miałam przygotowaną na wszystkie matury. O 15:00 egzaminy się skończył. Jestem pewna, że zdałam wszystkie na co najmniej 40%. Koniec liceum, koniec szkoły, jestem wolna! Pobiegłam do internatu najszybciej jak mogłam, spakowałam swoje rzeczy i już z walizkami ok 17:00 poszłam zjeść obiad do McDonald's. To musiało bardzo zabawnie wyglądać, choć ludzie nie gapili się na mnie jak na idiotkę. Zamówiłam to co zwykle, zjadłam i zadzwoniłam po taksówkę, żeby zawiozła mnie na dworzec kolejowy. Nie będę chyba opowiadać jak minęła kilku godzinna podróż polskim PKP, ale mogę wam wspomnieć o cudownym chłopaku który siedział ze mną w przedziale, tak samo jak dwie genialne, bardzo zabawne osoby i mama ze słodką i przecudowną córeczką. To akurat była bardzo zabawna podróż. Ten chłopak miał na imię Rafał i jak wsiadłam do pociągu to pomógł mi z walizką, a potem rozmawiał ze mną przez całą podróż, ale niestety musiał wysiąść kilka stacji przed Poznaniem. Po przyjeździe do stolicy Wielkopolski o bardzo późnej, nocnej godzinie, musiałam spełnić trochę czasu czekają na poranny autobus do Gorzowa. Dziękuję, że akurat tej nocy było naprawdę ciepło, bo inaczej bym zamarzła. Z samego rana byłam już w Gorzowie. Przyjechał pomnie tata, a w domu czekała już moja mama i moja młodsza siostra Martynka. W domu spędziłam kilka dni. Miałam czas, żeby się pożegnać z całą rodziną, z przyjaciółmi z Internetu, bo kilka dni po przyjeździe do Gorzowa czekało na mnie coś niesamowitego. W końcu mogłam zacząć żyć jak chcę, nareszcie moje marzenia się spełnią. Po kilku dniach wsiadłam z rodzicami i siostrą do samochodu i pojechaliśmy do Szczecina. Tam tata wyjął wszystkie moje walizki i poszedł je oddać. Poszliśmy na stanowisko na którym miałam czekać już po oddaniu bagażu. Za 2 godziny miałam być w miejscu o którym zawsze marzyłam. Najpierw pożegnałam się z siostrą. Ona płakała chyba najbardziej z nasz wszystkich. Tak bardzo nie chciała, żebym wyjeżdżała. Potem przytuliłam tatę, który życzył mi po prostu powodzenia, kocham tego człowieka. Przyszedł czas, żeby pożegnać się z mamą i to było dla mnie najtrudniejsze, bo wiedziałam, ze to może ostatni raz kiedy mogę ją przytulić, może to być ostatnia szansa, żeby powiedzieć jej, że ją kocham, bo nie miałam pojęcia ile czasu jej jeszcze zostało. Pożegnałam się z nimi i ruszyłam w drogę na pokład. Ze łzami w oczach, które były i ze szczęścia i ze smutku z czego się zdziwiłam usiadłam na swoje miejsce i patrzyłam na rodziców i Martynkę przez okno. I nareszcie usłyszałam te słowa o których zawsze marzyłam: „Witamy wszystkich pasażerów na pokładzie samolotu trasy Szczecin – Londyn, życzymy miłej podróży.”